Juz od dawna sobie to wymarzylam. Wspolne, rodzinnie spedzone swieta i mnostwo sniegu. Spelnilo sie. Przylecielismy co prawda dwoma oddzielnymi lotami - tak wyszlo - ale w wigilijny wieczor, po raz pierwszy od kilku lat, zasiedlismy wszyscy razem do stolu. Bylo cudownie, cudownie...nie da sie opisac. A kilka dni pozniej spadl snieg...Tyle sniegu, puszysty bialy puch, wygladal jak ser na swiatecznym serniku. I jestem, wciaz jestem - napawajac sie kazda chwila, ladujac akumulatorki na kolejny rok. Bo chyba nic tak nie cieszy jak takie szczesliwe uwienczenie dobrego roku! Merry Spoznione Christmas!
Oczywiscie padlam okolo polnocy i zasnelam na kanapie. Obudzilam sie bo sie psu w nocy kupe chcialo. No to musialam ja wyprowadzic. A rano kiedy tak sobie smacznie spalam kamiennym snem to przyszedl Vi i zaczal mnie wybudzac zebym z nim pojechala na konferencje lektorow i wykladowcow bo sam nie chcial jechac (dodam ze tydzien temu wyciagnal mnie na... festiwal renesansu) Odpowiedzialam mu burczeniem po czym odwrocilam sie na drugi bok i zasnelam. Dopiero po godzinie snu laskawie zgodzilam sie pojechac a to tylko dlatego ze potrzebowalam paru ksiazek na studia. Poszlismy na dwa wyklady, mowili ciekawie choc uczestniczyc mi sie specjalnie nie chcialo. Bylo duzo nauczycielek w srednim wieku i to same cieple kluchy w wiekszosci. Ale bylo ciekawie.
A teraz siedze w domu i nie wiem od czego tu zaczac. Czy ktos ma jakies skuteczne metody na sprzatanie :P
I znowu czwartek. A raczej - nareszcie. Obudzilam sie w srodku nocy bo pociely mnie komary. Obudzilo mnie wlasne drapanie po rekach. Wstawanie bylo meczarnia. Jak zwykle. W drodze do lazienki obijalam sie o sciany. Potworne zmeczenie towarzyszylo mi praktycznie przez caly dzien. To chyba przez ta deszczowa pogode. A najgorsze jest to ze nie za bardzo moge pozwolic sobie na takie zmeczenie w pracy. Odbija sie to na moich studentach no i kto chce wtedy siedziec na takich zajeciach...? Jest to wiec pewnego rodzaju presja ktora dodatkowo mnie obciaza. Ale marudze. A w pracy nie bylo tak zle. Oprocz tego ze jeden ze studentow dyskretnie mnie poinformowal ze mam wielka dziure w spodniach ( a dokladnie w kroku...), musialam caly dzien chodzic z chusta (a raczej jedwabnym szalikiem) przewiazanym w pasie (wszystkim sie podobalo a ja czulam sie dziwnie). Fajne mam klasy w ogole. I poranna i wieczorna. Rano zaawansowanych a wieczorem poczatkujacych. Duzo by o nich opowiadac. Szczegolnie ci poczatkujacy maja wiele do powiedzenia (a zdawaloby sie odwrotnie...). Moi zaawansowani studenci to kujony a poczatkujacym niewiele wystarczy zeby wpadli w szal zabawy. Tak jak wczoraj. Padlo pytanie: "Do you ever drink milk for breakfast?". A w klasie mamy faceta ktory ma na imie Ever. Ever oznacza "kiedykolwiek" wiec padla dwuznaczna odpowiedz: "I milk ever..." po czym zapadla cisza. Ciezko bylo ich potem opanowac i juz do konca dnia slyszalam jak sie z niego nabijali ze "Ever daje mleko". A to malpy! :P
A tak w ogole to ogarnelo mnie jakies lenistwo. Niby na brak zajec nie moge narzekac a jednak kiedy juz do czegos przychodzi to naprawde sie ociagam. Moze to dlatego ze przez 8 godzin dziennie jestem na nogach z malymi przerwami kiedy siadam na rogu biurka - naprawde, nie potrafie siedziec za biurkiem bo kojarzy mi sie to ze stara leniwa nauczycielka. No wiec stoje i laze po tej klasie i gadam i pisze i ciagne ich za te jezory zeby cos mowili. I fizycznie i psychicznie jest to meczace bo jak tu zachecic grupe osowialych porannym deszczem studentow zeby w koncu wlaczyli myslenie i rozgrzali szare komorki...? A kiedys wydawalo mi sie ze to taka latwa i przyjemna praca! I masz babo placek! Ale nie, u mnie nie ma siedzenia. Skoro ja sie do zajec przygotowuje to oni tez musza cos z siebie dac. Nie ma latwo.
I jeszcze tylko jeden dzien wstawania i yupii!! Weekend! Tylko co tu konkretnego zrobic coby tego czasu nie zmarnowac? Opcji jest wiele a jedna z nich porzadki ktore ciagna sie juz od bardzo dawna. Wlasciwie to od momentu kiedy wrocilismy z Japonii. Po 2 tygodniach dostalam juz prace i tyle se postrzatalam. Wiec poki co wiele rzeczy jest w punkcie wyjscia. Sciany strasza pustkami. Zdjecia czekaja w pudle zeby je oprawic i popowieszac. Czas tez schowac letnie ubrania - lato powoli juz ucieka w goracym Teksasie. I jeszcze drzwi wejsciowe trzeba pomalowac i takie tam...wydawalo by sie drobiazgi a jednak wazne.
A jak juz w koncu porobimy co trzeba to zamieszcze jakies przyzwoite zdjecie.
sobota, 20 marca 2010
Licznik odwiedzin: 5024
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Moje zycie w Japonii
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: